Dziś jest początek trzeciego dnia diety i już widzę jak wielkie wyrzeczenia mnie czekają. Rano w lodówce patrzy na mnie majonezik do kanapek, sok do rozcieńczania z wodą gazowaną (już nie wspomnę o Coli i innych słodkich sokach), w międzyczasie robienia kanapek myślę o serze żółtym (kocham!) ale na szczęście już wychodzę. Lubię sobie wypić raz na jakiś czas coś gazowanego, wiec myślę o tym energetyku którego mam w lodówce od 3 dni. Mmmmm taki zimny.
Parkuje auto, wchodzę do firmy, czekam na windę a obok stoi automat z zimmnnnąąą Coca-Colą w puszeczkach za dobrą cenę. WINDA! GAZU!
Wchodzę do swojego biura, siadam przy biurku i dostaję maila: "Zapraszam na ciasto do pokoju 407 na 10:00". No kurwa mać... W miedzy czasie rezygnuję z cukru i śmietanki do kawki (na szczęście czarną i tak piłem częściej).
Wszystko to zapowiada ciężkie dni walki z samym sobą. O ile utrzymanie się w ruchu nie sprawia mi problemu, tak utrzymanie poziomu kalorii i cukrów na poziomie to będzie dla mnie absolutny horror. Dodatkowo z racji raczej stacjonarnej pracy, w pozycji siedzącej, bywam znużony, senny. Mimo tony zajęć po prostu oczy się kleją. Taka kawka bardzo mi pomagała, więc piję (piłem?) ją wiadrami. A po kawce najlepiej coś zjeść. Jak zjeść to coś smacznego. I tak to się kręciło: Kawa -> smakołyk -> kawa -> I śniadanie -> kawa -> ciasto -> kawa -> II śniadanie.
Teraz muszę przerwać ten łańcuch śmierci, bo nie będę wstanie sięgnąć rękami klawiatury przez brzuch.
Innymi słowy trwa detox od stanu najedzenia. Tak się czuje. Mózg nie wie co jest grane, nie potrafię się skupić i osiągnąć takiej wydajności jak wcześniej. Chodzę nienasycony z toną pomysłów i smaków w głowie.
Ale może to i dobrze że przestanę jeść jak dziki knur. Wreszcie się najem jednym normalnym kebabem, porcją obiadu czy normalnym śniadaniem a nie bochenkiem chleba (oczywiście w przyszłości jak redukcja się skończy...).
Parkuje auto, wchodzę do firmy, czekam na windę a obok stoi automat z zimmnnnąąą Coca-Colą w puszeczkach za dobrą cenę. WINDA! GAZU!
Wchodzę do swojego biura, siadam przy biurku i dostaję maila: "Zapraszam na ciasto do pokoju 407 na 10:00". No kurwa mać... W miedzy czasie rezygnuję z cukru i śmietanki do kawki (na szczęście czarną i tak piłem częściej).
Wszystko to zapowiada ciężkie dni walki z samym sobą. O ile utrzymanie się w ruchu nie sprawia mi problemu, tak utrzymanie poziomu kalorii i cukrów na poziomie to będzie dla mnie absolutny horror. Dodatkowo z racji raczej stacjonarnej pracy, w pozycji siedzącej, bywam znużony, senny. Mimo tony zajęć po prostu oczy się kleją. Taka kawka bardzo mi pomagała, więc piję (piłem?) ją wiadrami. A po kawce najlepiej coś zjeść. Jak zjeść to coś smacznego. I tak to się kręciło: Kawa -> smakołyk -> kawa -> I śniadanie -> kawa -> ciasto -> kawa -> II śniadanie.
Teraz muszę przerwać ten łańcuch śmierci, bo nie będę wstanie sięgnąć rękami klawiatury przez brzuch.
Innymi słowy trwa detox od stanu najedzenia. Tak się czuje. Mózg nie wie co jest grane, nie potrafię się skupić i osiągnąć takiej wydajności jak wcześniej. Chodzę nienasycony z toną pomysłów i smaków w głowie.
Ale może to i dobrze że przestanę jeść jak dziki knur. Wreszcie się najem jednym normalnym kebabem, porcją obiadu czy normalnym śniadaniem a nie bochenkiem chleba (oczywiście w przyszłości jak redukcja się skończy...).

